Polskie firmy zwolnią prawie 100 tysięcy osób

Polska - 06-11-2008 15:33

 

przenosi się na rynek pracy. Coraz więcej firm zapowiada zwolnienia grupowe.

W grudniu na bruk trafi 900 pracowników firmy Tele-Fonika Kable - największego w Polsce i czwartego w Europie producenta kabli. A jeszcze niedawno wydawało się, że sytuacja firmy zatrudniającej 4,7 tys. osób jest dobra: 70 proc. produkcji trafiało na eksport, w ubiegłym roku firma zwiększyła zatrudnienie o 500 osób.
Jak przypomina dziennik "Polska" to nie pierwszy zakład, który padł ofiarą spowolnienia gospodarczego na Zachodzie. Wcześniej skutki kryzysu odczuły koncerny motoryzacyjne. Zwolnienia stałych pracowników na dobre rozpoczęły się w firmach dostarczających podzespoły dla motoryzacji. Sygnały płyną z wielu innych branż. Także takich, które nie mają na razie problemu z produkcją, ale szukają redukcji kosztów. - Coraz więcej dociera do mnie sygnałów o planowanych zwolnieniach w sektorze bankowym - mówi "Polsce" Alfred Bujara, szef Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ "Solidarność". W oddziałach regionalnych NBP w ciągu najbliższego roku pracę straci 348 osób.
Eksperci są zgodni: podobne decyzje podejmą w najbliższym czasie tysiące polskich firm. Wprawdzie recesja nam nie grozi, a jedynie zwolnienie dynamiki rozwoju, ale wiele firm, zwłaszcza nastawionych na eksport, może mieć kłopoty - pisze dziennik "Polska".
Zdaniem analityków największe zwolnienia będą w przyszłym roku. Najbardziej kryzys finansowy odczują firmy, które nastawione są na eksport, oprócz branży samochodowej także metalurgiczna, producenci mebli, a nawet firmy spożywcze. Zwalniać pracowników będzie też branża budowlana.

W efekcie bezrobocie, które we wrześniu spadło do 8,9 proc., wkrótce zacznie rosnąć - pisze "Polska". Tym bardziej że do kraju zaczną wracać emigranci. W czarnym scenariuszu w przyszłym roku może sięgnąć nawet 10 proc. A to oznacza, że na koniec przyszłego roku liczba bezrobotnych może być o ponad 90 tys. wyższa.

 

  

Skończą się rządy pracowników?

Dariusz Brzostek, Katarzyna Pawłowska-Salińska

2008-11-03,


Czy skończą się wkrótce rządy pracowników, którzy jeszcze niedawno mogli przebierać, wybierać i zmieniać miejsca zatrudnienia jak rękawiczki?

 

Gdzie byśmy dziś nie weszli - sklepy, autobusy, tramwaje - słowo "kryzys" odmieniane jest przez wszystkie przypadki. A jak kryzys zmieni rynek pracy w naszym kraju? Oto możliwy scenariusz wydarzeń.
Coraz więcej firm zamierza zwalniać pracowników
Sygnały pojawiły się już w sierpniu, gdy po raz pierwszy po kilkunastu miesiącach wzrostu wynagrodzeń pracowników w polskich firmach GUS podał, że spadła średnia pensja. Spowolnienie nastąpiło również we wrześniu, kiedy bezrobocie wyniosło 8,9 proc. wobec 9,1 proc. z sierpnia. Z danych GUS na koniec września wynika też, że 236 zakładów pracy zadeklarowało zwolnienie w najbliższym czasie 15,6 tys. pracowników, w tym z sektora publicznego 1,4 tys. Rok wcześniej zwolnienia deklarowały 133 zakłady, bez pracy miało zostać 5,8 tys. pracowników. Ekonomiści mówią wprawdzie, że danych GUS nie można interpretować jako informacji, że nasz kraj wchodzi w bardzo duże spowolnienie gospodarcze, ale oznaczają one, że są już pierwsze oznaki wchodzenia Polski w spowolnienie gospodarcze.
- Jedno jest pewne: w III kwartale br. wzrost gospodarczy będzie wolniejszy niż w poprzednim kwartale - powiedział Józef Oleński, prezes Głównego Urzędu Statystycznego. Ekonomiści podkreślają, że nierealistyczne są również założenia do projektu budżetu dotyczące wzrostu zatrudnienia w przyszłym roku o 2 proc. Wiele wskazuje na to, że zatrudnienie utrzyma się na tym samym poziomie, co obecnie. W dodatku pesymistyczne prognozy przewidują wzrost bezrobocia. Jeden z powodów - zwiększy się fala powrotów Polaków z Islandii, Wielkiej Brytanii i Irlandii.
Setki tysięcy Polaków wrócą do kraju, nie wszyscy znajdą pracę
Prof. Krystyna Iglicka - ekonomistka i ekspert ds. demografii warszawskiego Centrum Stosunków Międzynarodowych, doradca polskiego rządu - na łamach "Daily Telegraph" powiedziała, że wkrótce powróci do kraju ok. jedna trzecia spośród szacowanej na 1,2 mln liczby Polaków. Jak zauważa angielska gazeta, według obliczeń prof. Iglickiej utrata pracy w 2009 r. grozi ok. 400 tys. Polaków, którzy znaleźli zatrudnienie za granicą. Jej zdaniem niektórzy będą szukali pracy w innych krajach UE, reszta wróci do Polski, gdzie skutki krachu na międzynarodowych rynkach finansowych nie są jeszcze tak bardzo odczuwalne. Polacy są szczególnie narażeni na skutki hamowania gospodarki brytyjskiej, ponieważ często wykonują prace niewymagające kwalifikacji lub wymagające niskich kwalifikacji w takich segmentach rynku, które nie dają bezpieczeństwa zatrudnienia. Zdaniem prof. Iglickiej fala powrotów Polaków może mieć również negatywne skutki dla polskiej gospodarki. Rynek pracy będzie miał trudności z wchłonięciem tak dużej liczby ludzi w krótkim czasie, tym bardziej że gospodarka, choć wciąż prężna, spowalnia. Aby zdobyć pracę w Polsce, imigranci będą musieli konkurować z innymi kandydatami.

Przewidywania prof. Iglickiej potwierdzają działania władz w Dublinie. O pracę w Irlandii jest już na tyle trudno, że rząd zdecydował się na nietypowe rozwiązanie i rozważa płacenie Polakom, którzy zdecydują się opuścić kraj i wrócić do siebie. Pieniądze miałyby pochodzić nie z budżetu państwa, a ze środków unijnych. Dublin zamierza wystąpić o wsparcie do Europejskiego Funduszu Powrotu Imigrantów. Jeżeli pozytywną opinię wyda irlandzkie ministerstwo sprawiedliwości, niewykluczone, że przed wyjazdem Polacy otrzymywaliby gotówką równowartość półrocznego zasiłku dla bezrobotnych.

Banki nie udzielają firmom kredytów, firmy wstrzymują inwestycje
Jeszcze kilka miesięcy temu średnie i duże przedsiębiorstwa dyskutowały z bankami, o ile więcej będą musiały zapłacić za udzielony kredyt. Dziś w ogóle nie mogą go dostać. Kryzys finansowy sprawił, że
banki w obawie przed utratą pieniędzy, przestały udzielać pożyczek nie tylko sobie nawzajem. Nie udzielają też kredytów ani klientom indywidualnym, ani firmom. Zdaniem ekonomisty Ryszarda Petru oznacza to, że każdy kolejny dzień kryzysu wysusza polską gospodarkę z kredytów. Bez gwarancji Narodowego Banku Polskiego krajowe banki mogą zacząć pożyczać pieniądze bankom zagranicznym, zamiast finansować krajowych przedsiębiorców. Wówczas zacznie się spełniać czarny scenariusz, który już dziś przepowiada wielu ekonomistów.
Co to oznacza dla pracowników? Tysiące firm odciętych od kredytów będą musiały ograniczać swoje inwestycje. Kolejnym krokiem będą zwolnienia pracowników. Najgorzej jest w branży budowlanej i transportowej. Problemy z kredytami mają nawet deweloperzy, którzy od wielu lat z sukcesem budują na polskim rynku mieszkania. Wielu z nich już zapowiedziało wstrzymanie kolejnych inwestycji. Taka sytuacja zmusi firmy do zwalniania pracowników.
Pracodawcy wstrzymują rekrutację
Ewelina Kitlińska z firmy doradztwa personalnego Hays Poland twierdzi, że masowych zwolnień nie będzie. Ale nadchodzą gorsze czasy dla tych, którzy chcieliby zmienić pracę. - Widać większą ostrożność i ze strony kandydatów, i ze strony pracodawców - mówi. - Dużo ludzi boi się zmieniać pracę. Bo zaczynają myśleć np.: ta firma ma kapitał amerykański, co się stanie, jak w USA znowu coś się załamie? A pracodawcy wstrzymują procesy rekrutacyjne lub zawieszają je na kilka tygodni i czekają, aż sytuacja się unormuje. Wiele firm zapowiedziało cięcia budżetowe. W takiej sytuacji eskalacja płacowych żądań pracowników będzie musiała się zmniejszyć. Podwyżki też wyhamują. A bezrobocie może wzrosnąć, także z powodu powrotów Polaków z emigracji.
Gorsze nastroje konsumpcyjne wpłyną na spadek zatrudnienia
Prof. Jacek Wódz, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego, twierdzi, że nadchodzący kryzys na rynku pracy to bardziej wynik nastrojów i lęków społecznych, a nie rzeczywistości ekonomicznej. - Załamanie rynku pracy nastąpi przede wszystkim w wyniku zmniejszenia konsumpcji - mówi. - Już teraz dominuje taki sposób myślenia: skoro sytuacja jest niepewna, ważne, żeby rozsądnie przeżyć.Zmniejszy się chęć kupowania i inwestowania. Kto np. chciał sobie kupić nową kurtkę na zimę, myśli teraz: właściwie ta stara jest całkiem w porządku. Jak jej nie kupię, nic złego się nie stanie. I nie kupuje. A spadek konsumpcji wpłynie na spadek zatrudnienia.
Zdaniem prof. Wodza nie będzie jednak tragedii, masowych zwolnień i gigantycznego bezrobocia. Po pierwsze: załamanie potrwa najwyżej kilka lat. Po drugie: nie będzie gwałtowne. A po trzecie: nie będzie strasznie źle. - W ciągu ostatnich lat było bardzo dobrze, teraz będzie średnio - uważa prof. Wódz.